Pierwszą – i zapewne najważniejszą książką Pielewina wydaną po polsku - była Generation ‘P’. Jest to powieść o niezbyt utalentowanym poecie, Wawilenie Tatarskim, który na skutek psychodelicznego przełomu rosyjskiej historii stał się copy-writerem w agencji reklamowej, a pnąc się po szczeblach kariery doszedł ostatecznie do stanowiska szefa najważniejszej agencji, w której, na wzór filmu animowanego, wytwarzany jest całokształt życia politycznego współczesnej Rosji (wszyscy jego aktorzy, począwszy od Jelcyna, skończywszy na Dudajewie są w istocie postaciami z kreskówki, produkowanej w owej super-agencji reklamowej). Karierze zawodowej Wawilena towarzyszy inicjacja narkotykowa (opartą na muchomorach i jakiejś eschatologicznej odmianie LSD), która kontaktuje go z zaświatami (o charakterze, ogólnie rzecz biorąc, babilońskim, ale nie tylko: jednym z duchów prowadzących nadprzyrodzoną edukację bohatera jest Che Guevara). Te ezoteryczne kontakty są dla Pielewina pretekstem do włączenia w fabułę swego rodzaju psychodelicznych esejów dotyczących natury kapitalizmu. Ustrojem tym rządzą mianowicie trzy wow!-czynniki (od kultowego okrzyku jaki wydają z siebie aktorzy amerykańskich filmów w kluczowych momentach akcji): oralny, analny i wypierający. Pierwszy nakłania do zarabiania, drugi do wydawania (aby poczuć się lepszym od innych, to znaczy posiadającym wyżej pozycjonowane przez reklamę dobra) a trzeci – do wypierania tego wszystkiego, co nie wiąże się z pierwszymi dwoma. Wow!-czynniki opisują w istocie proste czynności wegetatywne jakiegoś bardzo prymitywnego organizmu. Gdy człowiek poddaje się tym czynnikom (co znaczy, sięgając do bardziej klasycznej terminologii, gdy staje się idealnym homo oeconomicus), przekształca się w komórki tego organizmu, który żyje i ewoluuje od czasu wynalezienia pieniądza przez Fenicjan, ale ostatnio, w ramach globalizacji, uzyskał nawet coś w rodzaju centralnego układu nerwowego, nadal co prawda bardzo prymitywnego. Dlaczego jednak ludzie godzą się pełnić rolę komórek planetarnej hiper-istoty nieskończenie prymitywniejszej pod względem intelektualnym niż oni sami? Mistyczny Che Guevara z wizji Wawilena Tatarskiego twierdzi, że tajemnica polega na panowaniu mediów elektronicznych. Media elektroniczne są mianowicie domeną tego, co Slavoj Žižek nazywa interpasywnością (Pielewin prawdopodobnie nie zna tego określenia, choć to właśnie interpasywność stanowi jeden z głównych tematów jego prozy; jest to, jak powiada mistyczny Che Guevara, „najbardziej istotne zjawisko psychiczne końca drugiego tysiąclecia”). Ludzie wpatrzeni w telewizor przestają kierować swoim wzrokiem – ktoś robi to za nich. Przed telewizorem są obecni ciałem, a ich dusza dostaje się we władanie kogoś, kto steruje z ukrycie obrazami. Stają się wiec niejako armią zombi, preparowanych na użytek ekonomicznych wow!-impulsów. Można to widzieć jeszcze inaczej – ekrany telewizorów są jak spalarnie śmieci – spala się w nich ludzki czas (trawienie jest pewnym sposobem spalania – wow!-czynniki, symbolizujące fazy trawienia prymitywnego planteranego organizmu ekonomicznego, symbolizują zatem etapy spalania się śmieci, to jest naszej świadomości poddanej działaniu mediów). Co mogłoby prowadzić do rewolucyjnie-marksistowskich wniosków – skończmy z alienacją, odzyskajmy swój czas! Ale nie na próżno Pielewin zamyka postać Che Guevary w ironicznym cudzysłowie (bohaterowi objawia się on w postaci szaleńczych buddyjsko-marksistowskich poematów politycznych przekazywanych za pomocą kupionego w jakimś sklepiku z ezoteryką przyrządu do seansów spirytystycznych). W jaki sposób walczyć o „wolność”, skoro w istocie cały świat jest taką gigantyczną spalarnią śmieci, to znaczy spalarnią czasu? Królową takiego świata jest Wielka Bogini rządząca babilońską loterią, czyli grą bez nazwy ( hasło powtarzające się w książce Pielewina brzmi this game has no name – to samo da się powiedzieć o kapitalizmie opisywanym przez Marksa w Manifeście komunistycznym – to znaczy ustroju pozbawionym stałych cech technologiczno-społecznych, ustroju będącym permanentną rewolucją). Bogini potrzebuje wciąż nowych mężów, których składa w ofierze, aby na ziemię nie rzucił się pies zwany sympatycznie piździelcem. Takim mężem wielkiej bogini kapitalizmu zostaje właśnie Wawilen Tatarski osiągając tym samym szczyt kariery copy-writera i stając się szefem agencji reklamowej animującej carów. Przeczuwa jednak, że w istocie psem-piździelcem jest nie kto inny, tylko on, bezwolny dyrygent jakieś kosmicznej wow!-poczwarki, oplatającej ziemię swymi prymitywnymi, choć coraz subtelniejszymi niby-nóżkami...
Książka Pielewina to zatem traktat o kapitalizmie epoki mediów elektronicznych, czyli takim, w którym przedmiotem sprzedaży i kupna są przede wszystkim obrazy, czy też wyobrażenia - „images”. Ukazany w niej obraz życia politycznego nie ma nic wspólnego z SF – Pielewinowi nie chodzi o egzaminowanie natury ludzkiej w wykreowanych realiach, ale o metaforyczny zapis rzeczywistej struktury społecznej. Politycy rzeczywiście SĄ animowanymi wytworami agencji reklamowych, żeby być tego pewnym, nie trzeba nawet czytać Baudrillarda, wystarczy np. prześledzić w jaki sposób wygrał wybory prezydenckie w Polsce Lech Kaczyński, najnudniejszy polityk pod słońcem, polityk który nie potrafi przemawiać (co zresztą nieistotne, zważywszy, ze nie ma nic ciekawego do powiedzenia) – cała zasługa w działaniu PR-owców, którym udało się nijakość i zacukanie Kaczyńskiego sprzedać jako swojskość i autentyczność. Wybierając Kaczyńskiego wykazaliśmy, że jesteśmy narodem na wskroś ponowoczesnym – to znaczy głodnym rzeczywistości - wybierającym mleko od tej plastikowej krowy, która ma wbudowany lepszy system hi-fi i dlatego autentyczniej ryczy; wybory wygrał ten z dwóch kandydatów, który został staranniej wykreowany jako bardziej spontaniczny, to znaczy w mniejszym stopniu wykreowany ! Po lekturze Pielewina rozumiemy, że miał po prostu większy przydział pikseli – był dokładniej animowany. Żona wchodząca do samolotu z plastikową torebką – cóż za genialny chwyt marketingowy! Ale rzecz w tym, że Pielewin przekracza w swojej powieści poziom politycznego żartu, anegdoty. Żart, rozbudowany w powieść, staje się metaforą epoki. Generation ‘P’ jest w moim najgłębszym przekonaniu arcydziełem światowej powieści – po przeczytaniu tej książki staje się jasne, że wszystko po prostu JEST TAK, jak ona mówi. Spełnia ona poza tym wszelkie kryteria Kunderowskiego modernizmu środkowoeuropejskiego. Wawilen Tatarski po brzegi wypełnia ramy sytuacji, w której się znalazł, nie dysponuje psychologią inną, niż potrzebna do opisania sytuacji. Na przykład nie wiemy nic o życiu uczuciowym Wawilena. W ogóle można by zaryzykować twierdzenie, że postacie Pielewinowskie znajdują się na antypodach Doktora Żiwago, który stoi ponad swoimi czasami, pielęgnując na uboczu poezję i miłość do Lary – Rosji, przeżywającej nieudane romanse z historią . Pielewin nie ma wobec postaci o których pisze ani odrobiny sentymentu. To są narzędzia chirurgiczne, skalpele do rozcinania świata, a nie ludzie, których by można kochać. Co nie znaczy, ze się Pielewin z postacią Tatarskiego (który już na początku swej kariery, pracując przez rok w budce na bazarku prowadzonym przez czeczeńską mafię, osiągnął „cynizm bezkresny jak widok z wieży telewizyjnej w Ostanikinie” ) w jakiś sposób się nie utożsamia – jako osiągający wielkie nakłady i robiący wielkie pieniądze czołowy entertainer rosyjskiej literatury lat 90-tych, ktoś kto, chcąc czy nie chcąc, (ale raczej chcąc), uczestniczy w komercyjnym cyrku medialno-kulturowym i w oczach wielu staje uosobieniem „nowego ruskiego” w dziedzinie literatury. Ale to już inny problem (i nie nasz – my wiemy, że nie Pielewin w ogóle nie jest „ruskim” – tylko Środkowoeuropejczykiem).

komentarze (0) | dodaj komentarz