Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

rozmawiać po rosyjsku

środa, 20 grudnia 2006 19:36
Filozofia to rozmowa z przyjacielem; wszystko inne to niepotrzebne ozdobniki. Przyjaciela poznaję po tym, że nie pragnie ze mną po prostu wygrać albo coś ode mnie uzyskać; nie myśli o sobie, ale chce mi pomóc w tym, co zamierzam; w tym przypadku (w przypadku filozofii) – chce mi pomóc w rozmowie. A zatem przyjaciel wpisany w pojęcie filozofii to ktoś, kto pragnie, aby rozmowa się powiodła, aby osiągnęła swój cel (chociaż kto na początku rozmowy może wiedzieć, jaki jest jej cel, to znaczy jaki jest jej koniec?). Przyjaciel będzie więc odpowiadał na pytania, które sobie wspólnie stawiamy, tak szczerze, jak to tylko możliwe – to jest bardziej szczerze, niż gdyby rozmawiał sam ze sobą (bo każdy sam przed sobą musi trzymać gardę, żeby się nie rozpaść) - i będzie z całych sił dążył razem ze mną do zrozumienia sprawy, o której mówimy. Dzięki temu ja będę mógł postępować tak samo. Sokrates odkrył a Platon zapisał (natomiast Arystoteles sprowadził do poziomu bon motu), że przyjaciel, z którym można rozmawiać, musi być przede wszystkim przyjacielem prawdy („prawda” to jest zresztą tylko kryptonim enigmatycznego, niedocieczonego celu rozmowy, celu który tonie w chmurach, jak sarkastycznie zauważa Arystofanes).
Ale co my dzisiaj jesteśmy w stanie zrozumieć z ich greki? Diabli wiedzą co i jak oni sobie tak naprawdę myśleli i mówili. Dlatego weźmy przykład innego, bliższego naszym czasom dialogu - tego, który został opisany w Braciach Karamazow. Jakże lubię tę scenę, gdy z okna restauracji „Stolicznyj Gorod” wychyla się Iwan Karamazow i ucieszony zaprasza do środka, do „osobnego gabinetu”, swojego brata Aloszę! „Niech się świat kłopocze o co chce, my, żółtodzioby, musimy przede wszystkim rozstrzygnąć nasze odwieczne problemy” – powiada ironicznie i szczerze zarazem Iwan; nie chce więc rozmawiać z bratem o miłostkach; to dobre dla ludzi po trzydziestce, którzy, jak stary Karamazow, stanęli „na lubieżności jakby na opoce”; Iwan z bratem rozstrzygnąć muszą „wszechświatowe zagadnienia”, o których rozmawiają we wszystkich knajpach młodzi Rosjanie ( nie chodzi przy tym o młodość w sensie metrykalnym - „dzisiejsi nasi profesorowie są często również takimi samymi rosyjskimi młokosami”). Rozmawiają więc „a jakże; czy jest Bóg? Czy jest nieśmiertelność? Ci zaś co w Boga nie wierzą... o socjalizmie, anarchizmie, przeistoczeniu ludzkości, przecież to są te same zagadnienia, tylko od drugiego końca”. Charakterystyczna, rosyjska para – Bóg/ nieśmiertelność z jednej strony i socjalizm/ przeistoczenie ludzkości z drugiej – jako jeden i ten sam problemat, tylko rozpatrywany z perspektywy dwóch różnych swoich krańców; kwestia Boga jest też zawsze kwestią przeistoczenia ludzkości; to, co teologiczne i to, co polityczne jest ze sobą nierozdzielnie połączone. I jeszcze jeden fascynujący szczegół – Iwan powiada, że „rosyjskie rozmowy na te tematy zawsze są prowadzone tak głupio, że głupiej nie można”. Ale to właśnie dobrze: „im głupiej, tym bliżej do sedna rzeczy. Im głupiej tym jaśniej. Głupota jest jasna i niewymyślna, rozum zaś wykręca się i zasłania, rozum jest podły, głupota zaś uczciwa i prosta”. Otóż to. „Rozum” jest według Iwana zwykłą sztuczką ego służącą do samoobrony (może: do obrony przed zdemaskowaniem „opoki lubieżności”, na jakiej opierać się musi życie, które nie jest już młode, to znaczy nie ma siły czy ochoty roztrząsać „odwiecznych problemów”?) . Rozum to za wysoko podniesiona garda. Rozum nie filozofuje, lecz broni lubieżnego (starczego) „ja” przed filozofią: przed bezwzględną szczerością w przyjacielskiej rozmowie, która służyć ma nie nam, rozmawiającym, lecz swemu niedocieczonemu celowi, prawdzie. Dlatego, aby filozofować po rosyjsku, potrzeba nie tyle rozumu (choć Iwan jest przecież niesłuchanie inteligentnym, to jest chytrym i wykrętnym rozmówcą; bez tego rozmowa w ogóle by się nie kleiła), ale przede wszystkim głupoty, to jest pokory wobec omawianych spraw, naiwności, która jest jak bezdenna dziura i nie daje się ominąć; trzeba w nią wpaść z głową i nogami.

komentarze (1) | dodaj komentarz

wokół kwestii typologii stanowisk politycznych

czwartek, 12 października 2006 21:22
Rzecz polega na tym: Tocqueville słusznie zauważa istnienie pewnego rodzaju kontynuacji między ancien regimem, co najmniej od czasow Ludwika XIV, a rewolucją. Chodzi o CENTRALIZACJĘ. Posuwa się ona naprzód, najpierw powoli jak żółw ociężale (za króla słońce), a potem skokowo, rewolucyjnie. Jest to jednak jeden i ten sam proces, który należałoby nazwać po prostu MODERNIZACJĄ, albo , co na jedno wychodzi GLOBALIZACJĄ, a więc kształtowaniem się światowego ustroju kapitalistycznego, ustroju będącego permanentną rewolucją instytucjonalno-technologiczną (jak pisali Marks i Engels w Manifeście Komunistycznym). Można być albo współpracownikiem tej kapitalistycznej rewolucji (jak liberałowie i ich wszelkiej maści paputczicy, od socjaldemokratów po faszystów) albo jej wrogiem (jak my, komuniści, hue hue hue).Nie ma trzeciej możliwości. Nie można być "konserwatystą", bo nie ma już czego konserwować. Taaa.
Można natomiast wierzyć w istnienie pozaświatowego dobra i zła. Wtedy jest się wariatem (np. schizoliberałem), ale ma się jeszcze duszę. Do czego zachęcam.

komentarze (2) | dodaj komentarz

schizo-liberalizm

czwartek, 12 października 2006 21:05
Jeśli wolno mi w tym miejscu uczynić wyznanie osobiste, w swoich poglądach na politykę sam wyczuwam schizofreniczne rozdwojenie – pod względem skłonności intelektualnych jestem raczej sceptykiem i pesymistą, czarno się zapatrującym na zdolności ludzkiego rozumu do poradzenia sobie z sytuacją, za którą do pewnego stopnia sam odpowiada – co popycha mnie w stronę pewnego rodzaju konserwatyzmu (uściślijmy – takiego „konserwatyzmu” który nie wierzy w raz na zawsze daną „naturę ludzką” i możliwość istnienia jakiegoś rzekomo „organicznego” i „zbożnego” układu rzeczy publicznych – „konserwatyzmu słabości” a nie „konserwatyzmu siły”); pod względem poglądów etycznych zaś oraz historycznych tradycji i symboli, jakie są mi emocjonalnie bliskie, jestem raczej egalitarystą (w konsekwencji np. demokratą, socjalistą, feministą, zwolennikiem równouprawnienia mniejszości narodowych, religijnych, seksualnych i w ogóle wszelkich, jakie się da), co popycha mnie w stronę lewicy. Oczywiście nie jestem pod tym względem jakoś szczególnie oryginalny – podobne rysy odnajduję (sięgając po pierwsze nazwiska z brzegu) u Orwella albo późnego Kołakowskiego (u wczesnego w jakimś sensie może też, ale u Orwella i późnego Kołakowskiego socjalizm i konserwatyzm pozostają w pewnej równowadze, a u wczesnego – trwa między nimi walka, którą wygrywała lewicowość, stąd identyfikacja młodego Kołakowskiego z komunizmem, interpretowanym trochę tak, jak stary Kołakowski interpretował będzie religię – jako źródło egzystencjalnie ujmowanego sensu i możliwości prawdy). Tę moją wewnętrzną walkę sprzeczności politycznych nazwałbym chętnie liberalizmem (czy może raczej: „paradoksalnym liberalizmem”), pojmowanym jako przestrzeń pewnego zawieszenia sądu w imię przedłużenia trwania sporu, traktowanego jako samoistna wartość. Liberalizm byłby w tym paradoksalnym ujęciu miejscem celowego nie-rozstrzygania konfliktów – co wiązałoby się z intuicją, że po każdej stronie sporu czeka jakaś przepaść. Chodziło by więc o to, aby zdobyć tymczasową chwiejną równowagę, utrzymać się jeszcze przez jakiś czas na tym szczycie. A potem? Cóż, potem – zapewne – runąć w dół. Nie ma lekko. Lasciate itd. (Można zauważyć, że tak pojmowany „schizo-liberalizm” jest właściwie tożsamy z filozofią).

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dżenerejszyn P

poniedziałek, 02 października 2006 14:03
Pierwszą – i zapewne najważniejszą książką Pielewina wydaną po polsku - była Generation ‘P’. Jest to powieść o niezbyt utalentowanym poecie, Wawilenie Tatarskim, który na skutek psychodelicznego przełomu rosyjskiej historii stał się copy-writerem w agencji reklamowej, a pnąc się po szczeblach kariery doszedł ostatecznie do stanowiska szefa najważniejszej agencji, w której, na wzór filmu animowanego, wytwarzany jest całokształt życia politycznego współczesnej Rosji (wszyscy jego aktorzy, począwszy od Jelcyna, skończywszy na Dudajewie są w istocie postaciami z kreskówki, produkowanej w owej super-agencji reklamowej). Karierze zawodowej Wawilena towarzyszy inicjacja narkotykowa (opartą na muchomorach i jakiejś eschatologicznej odmianie LSD), która kontaktuje go z zaświatami (o charakterze, ogólnie rzecz biorąc, babilońskim, ale nie tylko: jednym z duchów prowadzących nadprzyrodzoną edukację bohatera jest Che Guevara). Te ezoteryczne kontakty są dla Pielewina pretekstem do włączenia w fabułę swego rodzaju psychodelicznych esejów dotyczących natury kapitalizmu. Ustrojem tym rządzą mianowicie trzy wow!-czynniki (od kultowego okrzyku jaki wydają z siebie aktorzy amerykańskich filmów w kluczowych momentach akcji): oralny, analny i wypierający. Pierwszy nakłania do zarabiania, drugi do wydawania (aby poczuć się lepszym od innych, to znaczy posiadającym wyżej pozycjonowane przez reklamę dobra) a trzeci – do wypierania tego wszystkiego, co nie wiąże się z pierwszymi dwoma. Wow!-czynniki opisują w istocie proste czynności wegetatywne jakiegoś bardzo prymitywnego organizmu. Gdy człowiek poddaje się tym czynnikom (co znaczy, sięgając do bardziej klasycznej terminologii, gdy staje się idealnym homo oeconomicus), przekształca się w komórki tego organizmu, który żyje i ewoluuje od czasu wynalezienia pieniądza przez Fenicjan, ale ostatnio, w ramach globalizacji, uzyskał nawet coś w rodzaju centralnego układu nerwowego, nadal co prawda bardzo prymitywnego. Dlaczego jednak ludzie godzą się pełnić rolę komórek planetarnej hiper-istoty nieskończenie prymitywniejszej pod względem intelektualnym niż oni sami? Mistyczny Che Guevara z wizji Wawilena Tatarskiego twierdzi, że tajemnica polega na panowaniu mediów elektronicznych. Media elektroniczne są mianowicie domeną tego, co Slavoj Žižek nazywa interpasywnością (Pielewin prawdopodobnie nie zna tego określenia, choć to właśnie interpasywność stanowi jeden z głównych tematów jego prozy; jest to, jak powiada mistyczny Che Guevara, „najbardziej istotne zjawisko psychiczne końca drugiego tysiąclecia”). Ludzie wpatrzeni w telewizor przestają kierować swoim wzrokiem – ktoś robi to za nich. Przed telewizorem są obecni ciałem, a ich dusza dostaje się we władanie kogoś, kto steruje z ukrycie obrazami. Stają się wiec niejako armią zombi, preparowanych na użytek ekonomicznych wow!-impulsów. Można to widzieć jeszcze inaczej – ekrany telewizorów są jak spalarnie śmieci – spala się w nich ludzki czas (trawienie jest pewnym sposobem spalania – wow!-czynniki, symbolizujące fazy trawienia prymitywnego planteranego organizmu ekonomicznego, symbolizują zatem etapy spalania się śmieci, to jest naszej świadomości poddanej działaniu mediów). Co mogłoby prowadzić do rewolucyjnie-marksistowskich wniosków – skończmy z alienacją, odzyskajmy swój czas! Ale nie na próżno Pielewin zamyka postać Che Guevary w ironicznym cudzysłowie (bohaterowi objawia się on w postaci szaleńczych buddyjsko-marksistowskich poematów politycznych przekazywanych za pomocą kupionego w jakimś sklepiku z ezoteryką przyrządu do seansów spirytystycznych). W jaki sposób walczyć o „wolność”, skoro w istocie cały świat jest taką gigantyczną spalarnią śmieci, to znaczy spalarnią czasu? Królową takiego świata jest Wielka Bogini rządząca babilońską loterią, czyli grą bez nazwy ( hasło powtarzające się w książce Pielewina brzmi this game has no name – to samo da się powiedzieć o kapitalizmie opisywanym przez Marksa w Manifeście komunistycznym – to znaczy ustroju pozbawionym stałych cech technologiczno-społecznych, ustroju będącym permanentną rewolucją). Bogini potrzebuje wciąż nowych mężów, których składa w ofierze, aby na ziemię nie rzucił się pies zwany sympatycznie piździelcem. Takim mężem wielkiej bogini kapitalizmu zostaje właśnie Wawilen Tatarski osiągając tym samym szczyt kariery copy-writera i stając się szefem agencji reklamowej animującej carów. Przeczuwa jednak, że w istocie psem-piździelcem jest nie kto inny, tylko on, bezwolny dyrygent jakieś kosmicznej wow!-poczwarki, oplatającej ziemię swymi prymitywnymi, choć coraz subtelniejszymi niby-nóżkami...
Książka Pielewina to zatem traktat o kapitalizmie epoki mediów elektronicznych, czyli takim, w którym przedmiotem sprzedaży i kupna są przede wszystkim obrazy, czy też wyobrażenia - „images”. Ukazany w niej obraz życia politycznego nie ma nic wspólnego z SF – Pielewinowi nie chodzi o egzaminowanie natury ludzkiej w wykreowanych realiach, ale o metaforyczny zapis rzeczywistej struktury społecznej. Politycy rzeczywiście SĄ animowanymi wytworami agencji reklamowych, żeby być tego pewnym, nie trzeba nawet czytać Baudrillarda, wystarczy np. prześledzić w jaki sposób wygrał wybory prezydenckie w Polsce Lech Kaczyński, najnudniejszy polityk pod słońcem, polityk który nie potrafi przemawiać (co zresztą nieistotne, zważywszy, ze nie ma nic ciekawego do powiedzenia) – cała zasługa w działaniu PR-owców, którym udało się nijakość i zacukanie Kaczyńskiego sprzedać jako swojskość i autentyczność. Wybierając Kaczyńskiego wykazaliśmy, że jesteśmy narodem na wskroś ponowoczesnym – to znaczy głodnym rzeczywistości - wybierającym mleko od tej plastikowej krowy, która ma wbudowany lepszy system hi-fi i dlatego autentyczniej ryczy; wybory wygrał ten z dwóch kandydatów, który został staranniej wykreowany jako bardziej spontaniczny, to znaczy w mniejszym stopniu wykreowany ! Po lekturze Pielewina rozumiemy, że miał po prostu większy przydział pikseli – był dokładniej animowany. Żona wchodząca do samolotu z plastikową torebką – cóż za genialny chwyt marketingowy! Ale rzecz w tym, że Pielewin przekracza w swojej powieści poziom politycznego żartu, anegdoty. Żart, rozbudowany w powieść, staje się metaforą epoki. Generation ‘P’ jest w moim najgłębszym przekonaniu arcydziełem światowej powieści – po przeczytaniu tej książki staje się jasne, że wszystko po prostu JEST TAK, jak ona mówi. Spełnia ona poza tym wszelkie kryteria Kunderowskiego modernizmu środkowoeuropejskiego. Wawilen Tatarski po brzegi wypełnia ramy sytuacji, w której się znalazł, nie dysponuje psychologią inną, niż potrzebna do opisania sytuacji. Na przykład nie wiemy nic o życiu uczuciowym Wawilena. W ogóle można by zaryzykować twierdzenie, że postacie Pielewinowskie znajdują się na antypodach Doktora Żiwago, który stoi ponad swoimi czasami, pielęgnując na uboczu poezję i miłość do Lary – Rosji, przeżywającej nieudane romanse z historią . Pielewin nie ma wobec postaci o których pisze ani odrobiny sentymentu. To są narzędzia chirurgiczne, skalpele do rozcinania świata, a nie ludzie, których by można kochać. Co nie znaczy, ze się Pielewin z postacią Tatarskiego (który już na początku swej kariery, pracując przez rok w budce na bazarku prowadzonym przez czeczeńską mafię, osiągnął „cynizm bezkresny jak widok z wieży telewizyjnej w Ostanikinie” ) w jakiś sposób się nie utożsamia – jako osiągający wielkie nakłady i robiący wielkie pieniądze czołowy entertainer rosyjskiej literatury lat 90-tych, ktoś kto, chcąc czy nie chcąc, (ale raczej chcąc), uczestniczy w komercyjnym cyrku medialno-kulturowym i w oczach wielu staje uosobieniem „nowego ruskiego” w dziedzinie literatury. Ale to już inny problem (i nie nasz – my wiemy, że nie Pielewin w ogóle nie jest „ruskim” – tylko Środkowoeuropejczykiem).

komentarze (0) | dodaj komentarz

Vauvenargues

poniedziałek, 18 września 2006 18:30

Łukasz de Clapier Vauvenargues (1715 - 1747).

Narysujcie sobie linię miedzy La Rochefoucauldem a Nietzschem i przetnijcie ją mniej więcej po środku (najlepiej przy pomocy szpady, jeśli taką macie pod ręką - jeśli nie udajcie się do imć Szczepana Twardocha po konsultacje). W punkcie przecięcia odnajdziecie bolesną ranę a w niej książkę Vauvenarguesa. Książka tłumaczona przez młodopolskiego nietzcheanistę (Kasprowicza), raz tylko wydana, we Lwowie na początku XX wieku, odtąd nie wznawiana (poza jakimś szemranym wyborem kilka lat temu w formie niskonakładowej broszurki)- wielka szkoda! Na każdej stronie tej książki znaleźć można coś godnego lektury (nawet jeśli zwykle nie jest to zgodne z moimi przkonaniami - ale tym lepiej! Najbardziej lubię czytać wbrew sobie, bo wtedy się uczę - choćby tego, że mam przeczucia, z którymi się nie zgadzam. Taka lektura to jak dotarcie do drugiego dna w sobie samym).

Poza oczywistym wątkiem Rochefoucauldowskim, dworskim i narzucającym się skojarzeniem nietzschańskim - ciekawe są też skojarzenia Wittgensteinowskie.

No zobaczcie:

"3. Jeżeli myśl jest za wątła, iżby zniosła prostotę wyrażenia, najlepszy to znak, aby jej poniechać."

"7. Złudzenie niejednego pisarza polega częstokroć na tem, że mu sie zdaje, jakoby przedstawił rzecz tak, jak ją widzi i czuje"

(to dobre - spontaniczność nie jest bowiem cechą pisarza. Pisarz jest w niewoli ducha społecznego, musi z nim prowadzić grę, im bardziej wyrafinowana ta gra, tym efekty sprawiają wrażenie prostszych. Ale ta prostota jest przeciwieństwem prostoduszności - przyp.mój)

"9.Jeżeli jakaś myśl przedstawi nam się w formie głębokiego odkrycia i jezeli będziemy usiłowali potem wniknąć w jej głąb, przekonamy sie niejednokrotnie, że zawiera prawdę zdawkową"

"32.Nie ma chyba prawdy, która w niektórych umysłach ograniczonych nie stałaby się błędem"

komentarze (0) | dodaj komentarz

« 123  »

poniedziałek, 22 marca 2010

Licznik odwiedzin: 7719

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

blog mości się w tradycji montaignowskiego subiektywizmu, usiłującego przyłapać ślady tego co niepochwytne i jednostkowe w rzeczywistości, nadając antycznemu "ćwiczeniu sie w śmierci" nowożytny, to je...

więcej...

blog mości się w tradycji montaignowskiego subiektywizmu, usiłującego przyłapać ślady tego co niepochwytne i jednostkowe w rzeczywistości, nadając antycznemu "ćwiczeniu sie w śmierci" nowożytny, to jest wychodzący od doświadczenia niepowtarzalnego "ja" roztrwaniającego sie w czasie, sens. Jak kto nie kapuje to paszoł w pomidory!

schowaj...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 09.04.2007 14:51:45
  • autor: adziczek
  • treść: hey!!! taki sobie bl...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: