Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 242 801 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Saul Bellow

poniedziałek, 25 czerwca 2007 16:25
Może śmiech tkwi w naturze - a także w wieczności - skoro uważa, że może zwyciężyć nas i moc nadziei? Nie, nie, myślę, że nie! Nigdy nie zwycięży. Ale w tym zapewne cały dowcip a śmianie się jest zagadką obejmująca jedno i drugie.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Ha!

piątek, 11 maja 2007 11:41

Kupiłem po raz pierwszy w życiu Ha!art i nie żałuję, bo okazuje się,

że bardzo dobrze robione to pismo (nie wiem czy tak było zawsze,

redaktor naczelny zmienił się był, jak powiadają, i na miejsce

Sztokfiszewskiego wszedł Marecki). Na okładce Pankowski narysowany, a

w środku wywiad. No fajnie mówi tan pan, "nieuleczalnie młody", i

mądrze mówi o literaturze - to mają być zmysłowe historie które dają

do myślenie, pozostawiają mętlik w głowie, a nie ideologia stosowana.

Kto wie, chyba sięgnę po Rudolfa. Artykuł o Michalskim przez kolegę

studenta co na moje seminarium chodzi napisany (dlatego tez pismo

kupiłem, w konsekwencji zgadania się o owym artykule) - z bardzo

słusznym założeniem, że jak coś obce w sensie ideolo ("prawicowiec"

Michalski) to nie trzeba demonizować, tylko przyglądać się i opisywać.

Swój człowiek.

No ale najpierw - frau Dzido i panelik z kilkoma kuleżankami

feministkami. Tu już mam mieszane, mówiąc delikatnie, odczucia.

Zebrała się ich tam doborowa klika - Dunin, Szczuka, Bratkowska,

Graff, sam kwiat plus autorka książki, Dzido. Nie lubię, nie lubię ich

obronnej ideologiczności - jak je atakujesz, to nie walisz w osoby

tylko w samą ideę równouprawnienia, którą se siory zinteryzowały i

posługują się w celu dowartościowania (no, może Dunin bardziej

wyluzowana pod tym względem). No i mówią. Wniosek jest taki - tu

sporów między nimi zasadniczo nie ma - że aborcji gębe przyprawili

prawicowcy, zdemonizowali ją, traumę w brzuch kobietom aborcjonującym

wmówili, i wszystkie teraz sie muszą z tem zmagać, tymczasem rzecz

sama w sobie jest ambiwalentna, żadna matka - tfu! kobieta w ciąży, a

nie matka, dziecka jeszcze NIE MA i szluz koniec gadania - z lekkim

sercem tego nie czyni, jednakowoż po zrobieniu tego może i ulgę

odczuwać. Może ulgę, może i żal nieutulony - nie wasza pryki-polityki

to sprawa! Nasza zaś sprawa, aby to było NORMALNE i żadna sie o tym

mówić wstydzić nie musiała. Czemu mają służyć aborcyjne kamingałty,

której to szczytnej idei wszystkie przyklaskują niewiasty zgromadzone

na panelce. No więc teraz ja: zgadzam się, że walka z aborcją aż do

ostatniego aborcjonisty podpada pod ogólne prawo, które powiada, że

jak jakieś zło się chce aż do końca wykorzenić, to owe wykorzenianie

ze sobą większe nieszczęście może przynieść niż rzeczone zło. To samo dotyczy

walki z faszyzmem czy z antysemityzmem. Ale proszę zauważyć, że to

jednak jest zło. Aborcja to jest zło, to jest morderstwo - co prawda

specyficzne, trudno porównywalne z innymi, ze względy na specyfikę i

intymność relacji miedzy płodem a matką; jakby to konsekwentnie uważać

za morderstwo trzeba by 25 lat matce wlepiać za środki wczesnoporonne,

a że niekiedy nikt w ich wypadku nie wie, że żyło to, co zostało

zabite, więc chyba obowiązkowy tekst ciążowy albo usg dla każdej

kobiety w wieku rozrodczym co miesiac należałoby urządzać, a zygotom

dowody osobiste wyrabiać... Ale jednak. Jednak. To co jest

ciało-w-ciało z matką, nie jest częścia ciała matki. Od którego

miesiąca WOLNO żyć?

Ech, ale dlaczego lewica miałaby koniecznie być za luźnym prawem i

luźną obyczajowościa w sprawie aborcji? Lewicowiec nie lubi, jak

fabrykant robotnika co robi na JEGO fabryce poniewiera, to i prawo

własności kobiety do "brzucha" powinien bez dogmatyzmu traktować.

Dawniej tak zresztą było i słusznie.

I w ogóle Ha! art czy nie przegina troche w stronę tego tam gejostwa?

W sensie, czy nie za bardzo sie koncentrują na tym?

Część satyryczna z opowiadankami SF o zamachu na Kaczkę i walce w

lesie z reakcja - bardzo dowcipne (bo jako satyrę na prawicowe SF

bogo-ojczyźniane czy ziemniakiewiczopodobne to odbieram a nie jako

wytrysk juissance odnośnie przemocy politycznej).

{dopisek po namyśe}
- nie nie przeginają z gejowstwem, ylko chcą pokazać,
ze to dla nich taki sam temat jak insze i można się nad nim skupiać do woli,
jak się ma ochotę.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Drôle de guerre (patrząc z ukosa)

poniedziałek, 09 kwietnia 2007 14:46
 Przypatrzmy się najpierw, jak przez przymrużone oczy, gestowi Kantowskiemu (mniejsza w tym momencie o Kantowskie pojęcia) – co jest tak porywającego i przekonującego w geście wprowadzającym „rewolucję kopernikańską”, jaki jest jego uniwersalny walor egzystencjalny? Musi on być czymś ponadhistorycznym, czy w każdym razie będącym nadal częścią historii, którą sami jesteśmy i która jest od nas nieodróżnialna. Chodzi, powiedzmy sobie profanacyjnie, o podpatrywanie siebie samego z ukosa. A zatem – nie patrzymy na to, ku czemu zwykle skierowane jest nasze spojrzenie (czyli na siebie, nie bawmy się w ceregiele; nasze spojrzenie skierowane jest zwykle na nas samych), ale tak ustawiamy lusterko, aby widzieć samego siebie z boku – wymaga to kombinacji dwóch luster (jedno lustro – naiwność, dwa lustra – refleksja; można to rozbudować w wątek Heglowski – nieskończoność to dwa lustra odbijające się nawzajem; jest to zresztą figura zaczerpnięta od Friedricha Schlegla, w który w ten sposób charakteryzował ironię – i znów jakby wszystko się zgadza). Patrzymy wtedy na siebie patrzących na coś innego, widzimy siebie takich, jakimi nigdy nie widzimy się „na wprost”, przeglądając się po prostu w lustrze. Podobny efekt można uzyskać za pomocą odpowiednio ustawionej kamery – rewolucja kopernikańska przygotowuje więc epokę totalnego ukinowienia, która bynajmniej nie kończy się – już raczej zaczyna – za sprawą telewizyjnej prywatyzacji i udomowienia sali kinowej. Dzięki telewizorom, zestawom „kina domowego”, komputerowym centrom audiowizualnym po prostu przenosimy się do sal kinowych i zaczynamy w nich mieszkać. Otóż ciekawie robi się nie wtedy gdy kierujemy kamerę na siebie, jak bohater „Amatora” Kieślowskiego (bo to, co wtedy widzimy jest tym samym co widzimy w lustrze, z pewnym przesunięciem czasowym), ale wtedy, gdy widzimy to, co widzi kamera, gdy patrzy na nas, a my patrzymy na coś innego (powiedzmy – na ekran; nie bardzo mamy zresztą inne wyjście w dzisiejszych czasach). To jest fundamentalny gest Kantowski; na tym w gruncie rzeczy opiera się egzystencjalna powaga Kantowskiej krytyki. Kant chciał z ukosa uchwycić strukturę naszego spojrzenia. Wychodzą wtedy na jaw ukryte założenia; pozycja jaką musimy przybrać, aby widzieć rzeczy tak a nie inaczej. Upada wtedy mit bierności spojrzenia, widać w jaki sposób tworzymy to, co widzimy. Oczywiście ten prosty gest refleksji nie wystarczy aby dotrzeć do krainy poznawczej neutralności i obiektywności. Samo poszukiwanie takiej krainy jest zresztą czymś absurdalnym, co przekonująco pokazał Nietzsche: „wymaga się tu od nas, byśmy wyobrazili sobie oko, które nie patrzy w żadnym kierunku, oko, w którym aktywne siły interpretujące – siły dzięki którym widzenie staje się rzeczywiście widzeniem czegoś – mają być zahamowane, ba, w ogóle nieobecne, a zatem wymaga się tu od nas absurdalnego pojęcia oka”. Skoro raz zaczęliśmy patrzeć na siebie z ukosa, nigdy już nie możemy poprzestać na tym co zobaczyliśmy – musimy skręcać się coraz dalej w nieskończonej spirali nowoczesności, patrzeć z ukosa na siebie patrzących z ukosa i tak dalej – albo od razu przeciąć ten węzeł gordyjski i przyjąć pozycje oświeconego relatywizmu, czyli zalecany przez Nietzschego perspektywizm. Perspektywizm oznacza zaś tyle, że uznajemy własne słowa za narzędzia walki, a własną pozycję – za stronę w pewnym sporze. W sensie dialektycznym nie ma różnicy między Nietzschańskim perspektywizmem, a Heglowską perspektywą Ducha absolutnego – jedna i druga perspektywa zakłada, że całość uniemożliwia nam bezstronność, że jesteśmy zawsze czynnymi obiektami poddanymi zarazem manipulacji z zewnątrz (ze strony całości, której część niejako zawsze pozostaje za naszymi plecami, nie daje się objąć jednym spojrzeniem), a to co mówiliśmy zrozumiałe staje się – być może - tylko post factum, gdy nas już nie ma. Za sprawą perspektywizmu krytyka z poglądu staje życiem i ujawnić może swój egzystencjalny charakter. Życie krytyczne polegać może zaś na przykład na tym, aby mówić o tym, o czym się głośno („w towarzystwie”) nie mówi, bo to przeszkadzałoby robić to, co się robi. Perspektywizm zakazuje jednak interpretowania tego procederu w stylu naiwnie Sokratycznym – że oto jesteśmy taki popsujzabawami, co to jak bąki latające nad grzbietem wielkich miast budzą je z dogmatycznej drzemki, każą wejrzeć w siebie i żyć odtąd refleksyjnie. Psujemy zabawę innym zawsze niebezinteresownie, to znaczy nie w imię jakiegoś dobra spoza pola walki, a w imię zwycięstwa pewnej siły, której wygrana lub przegrana decyduje dopiero o tym, co staje się w oczach innych wyłączonym spoza pola walki dobrem albo złem ( co nie znaczy że ta siła jest „nami” w jakimkolwiek sensie, ani że w ogóle wiemy co to za siła; sowa Minerwy przylatuje zawsze po naszej śmierci). Co widać więc przede wszystkim, gdy na życie społeczne spojrzeć krytycznie, to jest z ukosa? Przede wszystkim widać to, co stanowi najgłębszy podkład nowożytnej myśli społecznej i co można ująć przy pomocy następującej konstatacji: życie społeczne to suma absurdalnych i okrutnych rytuałów. Absurdalnych, dlatego, że zarazem arbitralnych jak i głupich. Są arbitralne, nic głębszego poza siłą nawyku ich nie uzasadnia, wpajane są tresurą, przez powtarzanie; są głupie, bo wymagają od swego użytkownika nieświadomości na temat swojej przypadkowej genezy – tylko wtedy można wierzyć w ich głębszy sens. Rytuały takie stają się szczególnie wyczuwalne w kluczowych instytucjach nowoczesnego społeczeństwa: wojsku, szkole, urzędzie, szpitalu i last but not least – w kościele (można założyć, ze pierwsze trzy są tylko zeświecczonymi wersjami tej ostatniej instytucji), ale rytualnością tak pojętą przeniknięte są wszystkie relacje społeczne, aż do samego dna, do warstwy najbardziej intymnych międzyludzkich zachowań. I teraz krótka piłka – istnieje rzecz rusowska - aby z konwencji tych wyzwalać w imię spontaniczności i rzecz rivarolska (albo, z grubsza rzecz biorąc – japońska) aby konwencje te ubóstwiać, jako czyniące ze zwierząt ludzi, właśnie siłą swej absurdalności. Człowiek w tym pierwszym ujęciu, to zwierze rozumne w tym sensie, że zdolne do odrzucenia irracjonalnego jarzma tradycji. Wiele jest wybitnych dwudziestowiecznych filmów amerykańskich (często ekranizacji literatury, ale literatura to drugorzędna a filmy – pierwszorzędne) wywodzących z tej tradycji antropologicznej, na przykład - Lot nad kukułczym gniazdem, MASH, Stowarzyszenie umarłych poetów... Człowiek w tym drugim ujęciu to zwierze zdolne do nieracjonalności, w przeciwieństwie do innych zwierząt, dla których instynkt (popęd) i zmysł rzeczywistości są jednym i ty samym. Oczywiście wychodzą nam z tego dwa obozy, postępowców i reakcjonistów, nieciekawe. Ciekawsze jest dialektyczne przezwyciężenie tej opozycji: że oto zarazem prawdą jest, iż absurdalne, wyniszczające dla naszej spontanicznej radości z życia rytuały społeczne czynią z nas ludzi jak i to jest prawdą, że wyrazem naszej rozumności jest walczyć z tymi rytuałami, obnażać ich absurdalność i okrucieństwa. Rzecz w tym, że poza rytuały nie ma wyjścia; nie da ich się znieść, życie społeczne jest z nich zbudowane; tylko ich okrucieństwo ratuje nas od własnego barbarzyństwa; trawestując Nietzschego: lepiej jest chcieć nic (chcieć tych rytuałów) niż nic nie chcieć; są one jedynym źródłem sensu. Z drugiej strony sens jaki rodzą niejako wprost (sens, z którego korzystać można tylko, gdy zapomni się o ich absurdalnej genealogii) jest ubogi; tak naprawdę jest on tylko pretekstem dla pojawienia sensu wyższego (refleksyjnego, kantowskiego, wyrastającego z gestu Kantowskiej krytyki), który wiąże się z heroiczną próbą ich zdemaskowania i zniesienia. Nie można jednak znosić absurdalnych i okrutnych rytuałów, jeśli ich nie ma. Rewolucja nie ma sensu bez dworu i jego etykiety, którego mogłaby nienawidzić; gdy rewolucja znosi dwór, wkracza w etap „pożerania własnych dzieci” i staje się swoim zaprzeczeniem. A zatem trzeba zarazem wspierać i rewolucję i dwór. Oto dlaczego zainstalowałem się wirtualnie na forum dyskusyjnym czasopisma Fronda. Zwalczam na nim irracjonalne i reakcyjne poglądy ciemnego i bezrefleksyjnego tłumu naiwnych konserwatystów, ale zarazem samą swoją obecnością – afirmuję obecność tych poglądów.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

książki w czytaniu

niedziela, 25 marca 2007 20:51

No więc przede wszystkim Pielewin nowy, to znaczy stary, ale akurat przetłumaczony. Doskonałe nowele. Ten Pielewin, jak widać, od początku był niesamowicie utalemtowanym facetem, obdarzonym zadziwiająca lekkością fabularyzacji i celnością metafor - aż szkoda, że w kolejnych książkach zachowuje sie jak Związek Radziecki w epoce zastoju  - eksploatuje złoża naturalne a nie rozwija nowe technologie. Opowiadania Pielewina to jak zwykle dobrze opowiedziana fabuła układająca sie w "metafory, które myślą" - a w tych wczesnych opowiadaniach Pielewin myśli o komunizmie. I jak gdzieś sugeruje - myśli bardziej destruktywnie dla tej ideologii niż Sołżenicyn, bo chce wyzwolenia totalnego (nirwany) a nie wyzwolenia społeczno-politycznego. W pierwszym opowiadaniu cała radziecka technika okazuje sie wytworem propagandy. Ale przecież nie w tym rzecz. Szkoła lotnicza obiecuje zrobić z adeptow "prawdziwych ludzi" jak w ksiązce Sudba czelowieka - i pierwszej nocy
po rekrutacji obcina im nogi. To jest wielka metafora komunizmu sowieckiego, ktory żeby w przyszłości ostatecznie uszlachetnić człowieka
zaczał od tego aby go okaleczyć - i na tym też poprzestał.

A ostatnio kupiłem sobie sw. Pawła Badiu - i już widzę, że Żizek to przy nim piesek salonowy, ktorym się nie warto zajmować.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

rozmawiać po rosyjsku

środa, 20 grudnia 2006 19:36
Filozofia to rozmowa z przyjacielem; wszystko inne to niepotrzebne ozdobniki. Przyjaciela poznaję po tym, że nie pragnie ze mną po prostu wygrać albo coś ode mnie uzyskać; nie myśli o sobie, ale chce mi pomóc w tym, co zamierzam; w tym przypadku (w przypadku filozofii) – chce mi pomóc w rozmowie. A zatem przyjaciel wpisany w pojęcie filozofii to ktoś, kto pragnie, aby rozmowa się powiodła, aby osiągnęła swój cel (chociaż kto na początku rozmowy może wiedzieć, jaki jest jej cel, to znaczy jaki jest jej koniec?). Przyjaciel będzie więc odpowiadał na pytania, które sobie wspólnie stawiamy, tak szczerze, jak to tylko możliwe – to jest bardziej szczerze, niż gdyby rozmawiał sam ze sobą (bo każdy sam przed sobą musi trzymać gardę, żeby się nie rozpaść) - i będzie z całych sił dążył razem ze mną do zrozumienia sprawy, o której mówimy. Dzięki temu ja będę mógł postępować tak samo. Sokrates odkrył a Platon zapisał (natomiast Arystoteles sprowadził do poziomu bon motu), że przyjaciel, z którym można rozmawiać, musi być przede wszystkim przyjacielem prawdy („prawda” to jest zresztą tylko kryptonim enigmatycznego, niedocieczonego celu rozmowy, celu który tonie w chmurach, jak sarkastycznie zauważa Arystofanes).
Ale co my dzisiaj jesteśmy w stanie zrozumieć z ich greki? Diabli wiedzą co i jak oni sobie tak naprawdę myśleli i mówili. Dlatego weźmy przykład innego, bliższego naszym czasom dialogu - tego, który został opisany w Braciach Karamazow. Jakże lubię tę scenę, gdy z okna restauracji „Stolicznyj Gorod” wychyla się Iwan Karamazow i ucieszony zaprasza do środka, do „osobnego gabinetu”, swojego brata Aloszę! „Niech się świat kłopocze o co chce, my, żółtodzioby, musimy przede wszystkim rozstrzygnąć nasze odwieczne problemy” – powiada ironicznie i szczerze zarazem Iwan; nie chce więc rozmawiać z bratem o miłostkach; to dobre dla ludzi po trzydziestce, którzy, jak stary Karamazow, stanęli „na lubieżności jakby na opoce”; Iwan z bratem rozstrzygnąć muszą „wszechświatowe zagadnienia”, o których rozmawiają we wszystkich knajpach młodzi Rosjanie ( nie chodzi przy tym o młodość w sensie metrykalnym - „dzisiejsi nasi profesorowie są często również takimi samymi rosyjskimi młokosami”). Rozmawiają więc „a jakże; czy jest Bóg? Czy jest nieśmiertelność? Ci zaś co w Boga nie wierzą... o socjalizmie, anarchizmie, przeistoczeniu ludzkości, przecież to są te same zagadnienia, tylko od drugiego końca”. Charakterystyczna, rosyjska para – Bóg/ nieśmiertelność z jednej strony i socjalizm/ przeistoczenie ludzkości z drugiej – jako jeden i ten sam problemat, tylko rozpatrywany z perspektywy dwóch różnych swoich krańców; kwestia Boga jest też zawsze kwestią przeistoczenia ludzkości; to, co teologiczne i to, co polityczne jest ze sobą nierozdzielnie połączone. I jeszcze jeden fascynujący szczegół – Iwan powiada, że „rosyjskie rozmowy na te tematy zawsze są prowadzone tak głupio, że głupiej nie można”. Ale to właśnie dobrze: „im głupiej, tym bliżej do sedna rzeczy. Im głupiej tym jaśniej. Głupota jest jasna i niewymyślna, rozum zaś wykręca się i zasłania, rozum jest podły, głupota zaś uczciwa i prosta”. Otóż to. „Rozum” jest według Iwana zwykłą sztuczką ego służącą do samoobrony (może: do obrony przed zdemaskowaniem „opoki lubieżności”, na jakiej opierać się musi życie, które nie jest już młode, to znaczy nie ma siły czy ochoty roztrząsać „odwiecznych problemów”?) . Rozum to za wysoko podniesiona garda. Rozum nie filozofuje, lecz broni lubieżnego (starczego) „ja” przed filozofią: przed bezwzględną szczerością w przyjacielskiej rozmowie, która służyć ma nie nam, rozmawiającym, lecz swemu niedocieczonemu celowi, prawdzie. Dlatego, aby filozofować po rosyjsku, potrzeba nie tyle rozumu (choć Iwan jest przecież niesłuchanie inteligentnym, to jest chytrym i wykrętnym rozmówcą; bez tego rozmowa w ogóle by się nie kleiła), ale przede wszystkim głupoty, to jest pokory wobec omawianych spraw, naiwności, która jest jak bezdenna dziura i nie daje się ominąć; trzeba w nią wpaść z głową i nogami.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

wtorek, 23 maja 2017

Licznik odwiedzin:  15 188  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

blog mości się w tradycji montaignowskiego subiektywizmu, usiłującego przyłapać ślady tego co niepochwytne i jednostkowe w rzeczywistości, nadając antycznemu "ćwiczeniu sie w śmierci" nowożytny, to je...

więcej...

blog mości się w tradycji montaignowskiego subiektywizmu, usiłującego przyłapać ślady tego co niepochwytne i jednostkowe w rzeczywistości, nadając antycznemu "ćwiczeniu sie w śmierci" nowożytny, to jest wychodzący od doświadczenia niepowtarzalnego "ja" roztrwaniającego sie w czasie, sens. Jak kto nie kapuje to paszoł w pomidory!

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 15188

Lubię to